sobota, 15 sierpnia 2015

Dzieciństwa czar

Trafiłam dzisiaj na artykuł o dzieciństwie  w latach 80’ i 90’ (chociaż wg komentujących bardziej odnosi się to do lat 70’). Tak czy siak, lawina wspomnień ruszyła!

Sama jestem z rocznika 91’ i naprawdę wiele rzeczy przytoczonych w artykule odnosiło się również do mojego dzieciństwa. Autor tekstu poprzez wspominanie ówczesnych zabaw i sposobów na spędzanie wolnego czasu chciał (tak mniemam) nieco wykpić dzisiejsze dmuchanie i chuchanie rodziców na swoje pociechy. Niestety czasy się zmieniły, mentalność ludzi również, a co za tym idzie podejście do rodzicielstwa. Niemniej, wspomina się tylko z większym uśmiechem na twarzy.
Ale właściwie co pamiętam najbardziej? Wiele, wiele różności. Przede wszystkim zabawy na podwórku. Mnóstwo dzieciaków o każdej porze dnia, aż do wieczora, zanim mama nie zawołała do domu (chociaż ja miałam zegarek – elektroniczny oczywiście – i umawiałam się z rodzicami o której wrócę, niestety nie zawsze dotrzymując słowa). Jak się akurat trafiło, że nikogo nie było, albo się krzyczało pod oknem, albo najzwyczajniej pukało do drzwi.

Z krzyczeniem pod oknem to ogóle osobna sprawa. „Maaaamoooo! Maaaamoooo!” I zawsze wyglądała akurat ta mama, o którą chodziło. „Rzuć na loda/oranżadę!”, „ Rzuć sweter!”, „Mogę iść do Kasi?”. Wszystkie sprawy załatwiało się na poziomie okna. No, może nie wszystkie, ale większość, bo po co tracić czas, żeby wejść do domu.

Wracając do zabaw, było ich tak wiele. Berek, ciuciubabka, podchody, chowany ( i jego odmiany – u nas chowany-kopany z piłką), serwobieg, babajaga patrzy - podstawowe zabawy grupowe. Do tego chłopcy obowiązkowo grali w piłkę, dziewczęta grały w gumę, klasy, albo skakały na skakance. No i jeszcze zabawy na trzepaku. Wygibasy, fikołki, zabawa w cyrk, gra w ciemniaka. Możliwości było tyle, że nie sposób je wszystkie wymienić.

A kto z was biegał z kanapką po dworze, żeby przypadkiem nie stracić nic z zabawy? Nie ważne, czy chleb był posmarowany smalcem, masłem z solą czy śmietaną z cukrem. Moim przysmakiem był chleb z samą musztardą. Mniam! Ostatnio właśnie wracając rowerem przez niewielką wioseczkę, minęłam kilkuletniego chłopca z bułą w ręku. Wesoło szedł przed siebie i zajadał kanapkę. Od razu przypomniały mi się kolacje na podwórku.

W ogóle tyle niezapomnianych smaków. Lody bambino, pałeczki, kredki albo kolorki. Chrupki flipsy, maczugi, później chio o różnych smakach i kształtach. Oranżada na miejscu w gorące dni, szyszka, dmuchany ryż. Osobiście pamiętam też takie żelkowe stwory, które przyklejało się na rękę i lizało. Co śmieszne, jak rozmawiam ze znajomymi, nikt tego nie pamięta. Do tego gumy Turbo, Huba Buba, albo taka dłuuuga długa, zwijana w ślimaka i oczywiście najtańsze na świecie kulki. W ogóle za złotówkę czy dwie wychodziło się ze sklepu obkupionym po pachy.

A w pochmurne dni? W telewizji leciało tyle programów dla dzieci, niezależnie czy to były wakacje czy nie. Poza najoczywistszą Dobranocką, poranne pasmo było bardzo obfite. Mama i ja, Ciuchcia, Teleranek, Ziarno, 5-10-15 – to tylko kilka przykładów. W soboty leciała zawsze jakaś bajka Disney’a. Co do Disney’a, zawsze zazdrościłam moim dwóm koleżankom, które miały półkę uginającą się od jego bajek, na VHSie oczywiście. Chociaż jako młodszej dziewczynce marzyło mi się mieć taki projektor, z którego wyświetlało się bajki na ścianie. Czasami udawało mi się załapać na seans z córkami znajomych rodziców, bo oni mieli taki sprzęt.


Ehhhh…. Tyle pięknych chwil, tyle pięknych wspomnień. Obawiam się, że jest tego tyle, że nie ma możliwości, żeby opowiedzieć o wszystkim. Mam nadzieję, że kiedy sama zostanę mamą, uda mi się pokazać mojemu dziecku chociaż część tych fajnych rzeczy (głównie zabaw), zamiast wpędzać je w objęcia komputera, by mieć święty spokój. Oby.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz